piątek, 12 lipca 2013

Prolog

 - Tato, ale ja nie chcę! - Mała Amber, krzyczała tak głośno, jak tylko pozwalało na to jej małe gardło. Skrzyżowała ręce z gniewną miną i spojrzała na ojca tak, jakby nigdy więcej miała tego nie robić..
- Skarbie, zrozum, tak będzie dobrze i dla ciebie i dla nas wszystkich.- John wiedział, że jedyną osobą, która będzie szczęśliwa z powodu wysłania córki do szkoły dla modelek, będzie jego żona. Skierował wzrok w oczy swej córeczki. Jego pierwsze dziecko, miało go nie widzieć przez następne kilka lat. Nie umiał się pogodzić z myślą, że mała czterolatka miała by być skazana sama na siebie. Przecież była tak mała, tak krucha, tak delikatna... Schylił się nad córką, chwycił delikatnie pasmo jej włosów, które zakrywało jasną skórę twarzyczki. Zawinął je za ucho i pogładził dziecięcą główkę. - Tatusiu... Ale ja cię kocham. - Pełen szlochu dźwięk, wypełnił cały korytarz. Tym razem jego serce było gotowe roztopić się niczym sopel lodu na pustyni. Gorące łzy stanęły w oczach, a ręce opadły z rezygnacją bezwładnie wzdłuż ciała. Tak bardzo nie chciał się rozstawać z Amber, jego małym słoneczkiem. - Ja ciebie też, ale... - zabrakło mu argumentów. Nic, absolutnie nic nie był w stanie powiedzieć do własnego dziecka, które właśnie wpatrywało się w mężczyznę swymi zielonymi tęczówkami. Widział w nich cień nadziei oraz nie gasnącą iskierkę, która świadczyła o wielkim, czystym sercu blondynki. Poczuł nagłe ciepło otaczające jego kolana. Zamknął mocno powieki i odwzajemnił uścisk dziecka. Tak bardzo ją przecież kochał. 
- Dlaczego nie ma mamy? - Dziecięcy głosik rozniósł się w powietrzu. John nie znał odpowiedzi na to pytanie. - Musiała coś załatwić w związku z twoją szkołą... Nie martw się, ona ciebie również kocha.- Ostatnie zdanie zabrzmiało bardziej pusto, jakby się tego spodziewał. To było oczywiste, że Dorothy nie chciała mieć dziecka, a szkoła dla modelek jest dla niej ucieczką od jedynej córki, którą musiała by się zajmować kolejne lata. Parks nie miał innego wyboru, wiedząc, że jego praca zmusi go do opuszczenia ojczyzny w trybie natychmiastowym. Nie mógł zaprzeczać, że kochał to co robił, wojsko, to jego całe życie. Choć odkąd pojawił się w jego życiu mały promyk, który nazwał właśnie Amber, nie był przekonany, że bycie żołnierzem, to na pewno jego powołanie. Każdy jego wyjazd, ryzykował jego życie, wiedział to i tym razem, ale nie mógł zawieść ludzi, których miał pod sobą. Czuł okropny ból, który rozrywał go od środka, podczas każdej pojedynczej myśli o tym, co może być, kiedy coś pójdzie nie tak. - Tatusiu, nie płacz... - Spojrzał na drobną twarzyczkę i delikatnie uśmiechnął się, czując pod palcami łzy, które spływały nie świadomie po jego bladym policzku. Był tak dumny ze swojego promyczka. Ścisnął małą rączkę i przytulił ją do serca, po czym przymknął oczy. - Dopóki ono będzie biło, do tego czasu będziemy razem. - Delikatnie zbliżył główkę dziewczynki i ucałował jej czoło. Zdawał sobie sprawę, że ona nie zrozumie tego co właśnie powiedział, ale czuł potrzebę wyznania tego właśnie w tym momencie. Usłyszeli dzwonek, informujący o tym, że pora się rozstać. Jednocześnie mężczyzna spojrzał na zegar wiszący na białej ścianie szkolnego korytarzu. Była godzina dwunasta, a to oznaczało, że za pół godziny miał się wstawić w bazie. - Obiecaj mi, że kiedyś mnie tu odwiedzisz! - Entuzjazm Amber nawet w takiej chwili dawał o sobie znać. John nie chciał obiecywać, wiedział, że tego typy obietnica może ulec zniszczeniu. - Obiecuję, że będę robił wszystko, by tak się stało. - Mała była widocznie usatysfakcjonowana odpowiedzią. Wesoło podskoczyła w miejscu i chwyciła swoją małą, białą walizkę. W tym samym momencie przyszła jedna z opiekunek po nią i po inne dziewczynki. - Musi już pan odejść, wizyty mogą być jedynie w soboty, pierwszą i ostatnią miesiąca. - Jej głos był tak okrutnie oschły, jakby jej praca nie była z wyboru. John skrzywił się na myśl, co czego jego córkę przez najbliższe 6 lat. Sam nie mógł sobie darować tego, że przyszłe 2 lata będzie całkowicie odizolowany od Los Angeles. Cały czas obserwował jak nieprzyjemna, starsza kobieta prowadzi jego jedyny skarb przez jasny hol. Ostatni raz, małą blondynka odwróciła się w jego kierunku i szybko machając w jego stronę drobną rączką, wysłała ojcu uśmiech i nie słyszalne "kocham cię".


3 komentarze:

  1. Zaczyna się bardzo ciekawie :) Na pewno będę zaglądała dalej :D. Mam tylko jedno pytanie: czy u ciebie ten rozdział też jest tak jakby wyświetlony w poziomie??

    OdpowiedzUsuń
  2. prolog ciekawy, proszę, żebyś mnie informowała, a ja tymczasem dodaję cię do polecanych ;)
    zapraszam też do siebie ;) http://spejl-reflektions.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Twoje opowiadanie jest hipnotyzujące !
    Czekam na next = )


    Dodaję się do obserwatorów
    Zapraszam do siebie

    http://loveonlyyou123.blogspot.com/

    W skrócie ,, Jade występuję w programie dom nie do poznania . W jednym z odcinków pojawi się One direction .Z początku się nie zaprzyjaźnią , ale z czasem osoba , która wykonuje tajemnicze telefony do brunetki pojawi się i rozkaże pracować na jej zachcianki . Czy ktoś jej pomoże ?
    Bohaterem Louis

    OdpowiedzUsuń